niedziela, 17 stycznia 2016

Przewodniki turystyczne po Teksasie

Jeszcze przed wyjazdem do USA rozpoczęłam poszukiwania przewodnika. Dlaczego jednak w dobie Internetu w ogóle chcialam mieć zwykły przewodnik? Po pierwsze dlatego, że uważam informacje w nim zawarte za bardziej pewne, niż te na amatorskich stronach o USA. Z kolei na oficjalnych witrynach miast czy stanów znajdziecie same achy i ochy na temat tego miejsca. Szukałam w Internecie, oglądałam przewodniki w księgarniach i ostatecznie postanowiłam kupić przewodnik Pascala. Mam wrażenie, że ze wszystkich dostępnych w Polsce zawiera najwięcej informacji. Jest to opasłe tomisko, ale ponieważ jest wykonany z papieru makulaturowego, nie waży kilku kilogramów (w przeciwieństwie do większości przewodników). W zasadzie jestem z niego zadowolona i sądzę, że to dobre źródło, jeśli chcecie zdobyć ogólne pojęcie, gdzie warto jechać i czego mniej-więcej można się spodziewać.


Po przyjeździe do Teksasu postanowiłam nabyć bardziej szczegółowy przewodnik. W Barnes & Noble było kilka pozycji, mnie najbardziej spodobała się publikacja wydawnictwa Lonely Planet. Przewodnik przetestowałam i, moim zdaniem, jest świetny. Można w nim znaleźć wskazówki np. dotyczące bezpłatnych parkingów, opisy restauracji (zachwalane tam BBQ faktycznie okazało się pyszne i zupełnie nieturystyczne), krótkie charakterystyki nawet małych miejscowości, godziny otwarcia muzeów itp.



Oczywiście, polowałam także na przewodnik wydany przez lokalną informację turystyczną. Z mojego doświadczenia wynika bowiem, że takie przewodniki są bardzo ciekawe. Udało mi się go znaleźć dopiero w San Antonio. Oprócz przewodnika State Travel Guide można dostać także mapkę stanu oraz przewodnik Texas Heritage. Oba przewodniki są bardzo dobrze przygotowane. Są to książki formatu A4, na papierze kredowym, zawierają wiele zdjęć. Jestem pod bardzo dużym wrażeniem staranności, z jaką te publikacje zostały przygotowane. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mam lekkiego bzika na punkcie takich broszurek i szukam ich w każdym mieście - nigdy jeszcze nie udało mi się znaleźć czegoś równie wspaniałego, jak te z Teksasu. Mapa też jest bardzo dokładna i aktualna. Wiem, że w dobie GPS niektórzy pewnie śmieją się, że w ogóle można jeszcze używać papierowej mapy. Choć do nawigacji używaliśmy aplikacji HERE (po ściągnięciu mapki na telefon można bez dostępu do internetu nawigować tylko za pomocą GPS), do planowania wycieczki jest jednak wygodniej mieć tradycyjną mapę.



W  San Antonio udało mi się dostać całkiem sporą kolekcję przewodników i ulotek. Znalazłam m.in. mapkę misji franciszkańskich z krótkim opisem każdej z nich.


Chyba każda szanująca się miejscowość w Teksasie ma swoją stronę internetową, a tam można zamówić (bezpłatnie) broszury informacyjne. Niestety, dotarcie do naszej skrzynki może takiej broszurce zająć nawet kilka tygodni. Na poniższych zdjęciach można zobaczyć moją "kolekcję" ulotek, które przyszły do mnie pocztą. Myślę, że przy dłuższym pobycie warto je zamówić (albo zamówić wcześniej - jeśli macie jakiś adres w USA). Można z nich bowiem uzyskać aktualne informacje na temat lokalnych imprez. Niektóre są naprawdę niesamowite, np. w Luling organizowane jest Watermelon Thump - impreza na cześć arbuza, podczas której są konkursy w pluciu pestkami na odległość, wybory miss oraz największego arbuza oraz rodeo. W miejscowości Bandera można wybrać się na pokazową strzelaninę. Warto mieć takie informacje, ponieważ wtedy z wycieczki można jak najwięcej wycisnąć :) Z drugiej strony można też się zorientować, że pewne miasta nie oferują w zasadzie nic oprócz premium outlets - zatem jeśli nie polujecie na torebki od Michaela Korsa, to można sobie odpuścić odwiedzanie tego miejsca.


Poniżej przewodniki z Houston oraz z miast, do których planowałam się wybrać - Galveston, New Orleans oraz Seattle. Jak widać na przykładzie Seattle można otrzymać także informacje o dostępnych dla turystów zniżkach. Oczywiście wszystkie te informacje są do odkopania w Internecie, ale chyba przyjemniej jest je mieć podane wprost do naszej skrzynki :)


niedziela, 10 stycznia 2016

Bezpieczeństwo w Houston

Pewnego razu, na jednej z głównych ulic Houston był wypadek i musieliśmy jechać objazdem. Zupełnie niespodziewanie znaleźliśmy się w takiej oto okolicy:

Lee St/Gregg St (zdjęcie z Google Street View). Więcej dostępne tu.
Przyznam, że byłam zaskoczona tym widokiem, gdyż prosto z eleganckiego downtown, w zaledwie kilka minut, trafiliśmy do zupełnie innego świata. Stwierdziłam wtedy, że przed następną wycieczką warto zainteresować się, w jakie okolice lepiej się nie zapuszczać, zwłaszcza po zmroku.

Houston to miasto kontrastów. Znajdują się tam przepiękne domy, scenerie jak z amerykańskich filmów, zadbane trawniki, wielkie, bogate rezydencje. Takie obrazki czekają na Was np. w dzielnicy River Oaks. Wystarczy jednak przejechać kilka przecznic, aby trafić do jednej z dzielnic uznanych za najbardziej niebezpieczne w całych Stanach.

Podobno w Teksasie prawie każdy posiada broń. Ja osobiście nie miałam okazji zobaczyć na oczy żadnej strzelaniny ani nawet broni w widocznym miejscu. Nie spotkałam też niestety osobiście Texas Rangera. Za to często widziałam przejeżdżające w okolicy patrole policyjne. Policja przypomina też o swojej obecności za pomocą tablic informacyjnych rozstawionych w wielu miejscach.

Częsty widok w okolicy, w której mieszkałam.
Ktoś chyba używał tej tablicy jako tarczy strzelniczej.

Bardzo dokładne statystyki policyjne można znaleźć na stronie Houston Police Department. Ciekawa mapka znajduje się również na stronie Spot Crime. Wiele szczegółowych informacji można wyczytać na stronach pośredników nieruchomości, znajdują się tam nawet opisy struktury społecznej mieszkańców, ich pochodzenie rasowe, wykształcenie, zatrudnienie i wysokość zarobków.

Opowiadając o bezpieczeństwie w Houston należy zdać sobie sprawę z następujących faktów:

- Houston jest miastem przystosowanym do poruszania się samochodem. Transport miejski jest słabo rozwinięty i korzystają z niego najbiedniejsi, ew. tacy jak ja, przyjezdni, którzy nie zdążyli kupić samochodu. Rozwarstwienie społeczne jest w Ameryce bardzo duże. Nigdzie w Polsce, ani chyba nawet w Europie, nie widziałam tak wielu bezdomnych i podejrzanie wyglądających osób w środku miasta. Właśnie takie osoby podróżują siecią Metro. Może się Wam przytrafić, że przysiądzie się do Was pan posiadający na środku głowy wielki metalowy szew, a do tego nie pachnący najpiękniej i poprosi o pożyczenie telefonu komórkowego. Gdy odmówicie, poprosi o ćwierćdolarówkę. Po takiej przygodzie już nigdy nie siadałam na podwójnym miejscu sama. Na szczęście ludzie ci nie są agresywni, jednak nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie.

- Ponieważ wszyscy normalni ludzie poruszają się samochodami i wjeżdżają nimi bezpośrednio do apartamentowców, sklepów, szpitali, biur (kilka pierwszych w zasadzie w każdym budynku to parking), na ulicach spotkać można w zasadzie głównie bezdomnych i inne podejrzane typy. W okolicach muzeów, kawiarni czy restauracji pojawiają się osoby wyglądające na porządnych obywateli, jednak nie jest to częsty widok. Wiele razy zdarzało mi się, że przechodząc czy przejeżdżając na rowerze obok przystanku byłam zaczepiana o tradycyjną ćwierćdolarówkę. Nigdy nie dałam, nie rozmawiałam i zawsze wystarczyło po prostu odejść. Na ulicach jest wielu policjantów, może dlatego te osoby wiedzą, że lepiej nie robić awantur.

Środek dnia, na ulicy pusto. Za to jest wielki garage (okolice Texas Medical Center)
Downtown. Ludzi brak.

Z tymi panami lepiej nie zadzierać.
Na widok cowboya od razu jakoś tak bezpieczniej się czuję ;)

- Jeden z największych parków w Houston, Hermann Park, oraz jego okolice, również jest opanowany przez bezdomnych. Oczywiście, kręcą się tam również rodziny z dziećmi, wiele par robi sobie sesje ślubne, jednak w upalny dzień nie znajdziecie ławki w cieniu, na której nie siedziałby już ciemnoskóry z torbami zawierającymi dobytek życia.

- Wschody i zachody Słońca w Houston odbywają się w nieco innych porach niż w Polsce. Warto o tym pamiętać, gdyż nawet latem o godzinie 20 jest już w zasadzie ciemno (polecam stronę). Wierzcie mi, będąc samotną dziewczyną nie chciałybyście się znaleźć po zmroku w pewnych okolicach tego miasta...

-  Dzielnice w Houston bardzo różnią się od siebie poziomem bezpieczeństwa i mam tu na myśli nie tylko przestępczość, ale również zagrożenie kataklizmami. 
Miałam szczęście mieszkać w bardzo porządnej okolicy blisko campusu Rice (graniczącej z jedną z najdroższych dzielnic, West University Place). Tam, nawet chodząc późnym wieczorem, czułam się całkowicie bezpiecznie. Ani razu nie widziałam na ulicy podejrzanych osób. Kurierzy zostawiali paczki pod drzwiami, ja mieszkałam sama w domku praktycznie bez drzwi (z wielką szybą w drzwiach), a moimi sąsiadami byli lekarze, profesorowie oraz prawnicy (w tym sędzia federalny). Wystarczy jednak przejechać dwa przystanki metrem, a znajdziemy się w okolicy, przy której warszawska Praga Płn. wydaje się ostoją spokoju i oazą kultury. Wiele razy jadąc samochodem do sklepu mijałam na ulicach grupki latynosów, bezdomnych chodzących środkiem jezdni w środku nocy, osoby żebrzące na światłach. Bardzo dobre dzielnice sąsiadują z tymi słabymi i są często oddzielone tylko kilkupasmową jezdnią. Często nie ma innego wyjścia, jak przejechanie przez tę podejrzaną okolicę i wtedy zdecydowanie lepiej być we własnym samochodzie, niż w publicznym autobusie czy na rowerze.
Jak duże są kontrasty można łatwo zorientować się patrząc na poniższą mapkę na stronie Neighbourhood Scout:

Bezpieczne obszary to ciemny kolor, niebezpieczne - jasny.
Areas to avoid - mapka pochodzi ze strony http://www.virtualtourist.com/travel/North_America/United_States_of_America/Texas/Houston-878298/Warnings_or_Dangers-Houston-Areas_to_Avoid_Crime-BR-1.html

Do jakich wniosków dochodzimy po przyjrzeniu się powyższym mapkom? Już na pierwszy rzut oka możemy zauważyć, że często obszary uznane za całkowicie bezpieczne graniczą z tymi niebezpiecznymi. Okolice, których należy unikać są rozsiane po całym mieście. Różowy placek na południu zaznaczony na drugiej mapce, Sunnyside, i prowadząca na prawo i w dół kreska to droga na lotnisko krajowe, Hobby Airport. Z tego względu, gdy się tam wybierałam, wolałam zamówić taksówkę. Kosztowała wprawdzie dziesięciokrotność biletu autobusowego, jednak czułam się bezpieczniej, ponieważ wyglądając jak turystka wolałam nie przebywać sama w tamtej okolicy. Z relacji znajomego, który wybrał się na lotnisko autobusem miejskim wiem, że przeżycie tej podróży jest możliwe i nie było podobno źle, jednak należy wziąć poprawkę, że jest to mężczyzna wzrostu ponad 180 cm, prawie 100 kg żywej wagi.
Można zastanawiać się, jakie są źródła takiej sytuacji. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, i co potwierdzają obserwacje, miasto rozwija się w sposób mało zrównoważony. Często wyburzane są całe dzielnice, okolica pustoszeje, czasem powstają tam pół dzikie parkingi, gromadzą się podejrzane grupki. Szczególnie nieprzyjemne są okolice wiaduktów, mostów i różnego rodzaju konstrukcji drogowych, których w Houston jest dużo.
Poniżej umieszczam jeszcze jedną mapkę, która jest stworzona zapewne z żartobliwą intencją, jednak z moich obserwacji wynika, że zawiera bardzo dużo prawdy:
Judgmental map of Houston

Bezpieczeństwo na campusie Rice University to też ciekawa sprawa. W czasie spotkania orientacyjnego po przyjeździe zostałam poinformowana, że lepiej, abym po zmroku sama nie chodziła  po campusie. W trakcie roku akademickiego można zadzwonić do RUPD (Rice Uni. Police Dept.) i (nie sprawdzałam), ale podobno policjanci odprowadzają samotne osoby czasem nawet do domu, jeśli mieszkają w okolicy campusu. Brzmi to dość groźnie. Na całym campusie rozmieszczone są również słupki, dzięki którym można szybko wezwać pomoc. Mnie nigdy nie przytrafiła się żadna nieprzyjemna sytuacja, nie widziałam też podejrzanych osób.

Rice University Police Department i ich samochody.

Wybór miejsca zamieszkania jest ważny także ze względu na panujące w Teksasie ekstremalne zjawiska pogodowe. Zdarzają się tam naprawdę porządne opady deszczu, podczas których ulice zamieniają się w rwące potoki. W najgorszym wypadku sztorm tropikalny może przekształcić się w huragan. Wtedy, jeśli mieszkacie w domku przypominającym działkową altanę (a takich widziałam dużo w biednych dzielnicach), trudno się dziwić, że którejś nocy razem z dachem Waszego domu możecie wylądować w ogródku sąsiada. 
W maju, niedługo po moim przyjeździe, w Houstonie była powódź i jednego dnia zginęło 18 osób. Wiele samochodów zostało zalanych, a ludzie musieli wchodzić na ich dachy, aby nie utonąć. Ja oglądałam te obrazki w telewizji, a jedyne, co mi doskwierało, to bardzo duże kałuże na podjeździe...

Reasumując, w przed przyjazdem do Houston zdecydowanie warto zastanowić się, czy dzielnica, w której zamierzamy mieszkać jest bezpieczna, a jadąc w nieznane okolice dobrze sprawdzić, czy przypadkiem to nie jest rejon, w którym "You will get shot".

wtorek, 28 lipca 2015

Pogoda

Gdy przyjechałam tutaj w maju, w Houstonie było cieplutko i milutko. Porównałabym to do polskiego późnego czerwca. Jedynym problemem były dość częste deszcze, co podobno nie jest typowe dla Teksasu. Ponieważ nie ma tutaj wielu pieszych, nikt nie przejmuje się faktem, że chodniki są nierówne, dziurawe i że po deszczu woda gromadzi się w wielu miejscach sprawiając, że czasem przejście na drugą stronę ulicy to prawdziwa przeprawa. Zdarzały się też burze i były one naprawdę niesamowite. Nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych piorunów, rozświetlających całe niebo. Miałam też wtedy szczęście widzieć burzę z samolotu. Było już ciemno, a widok pioruna "z góry" - tworzącego się w chmurach - jest niezapomniany. 

Przed uderzeniem pioruna...
...i robi się jasno :)
Podobno gdzieś w Houstonie były wtedy powodzie i nawet kilkanaście osób zginęło. Byłam tym bardzo zaskoczona, ponieważ wprawdzie w mojej okolicy drogi i chodniki nie są przystosowane do dużych opadów, ale w najgorszym razie jest po prostu dużo kałuż. Gdy zobaczyłam, jak wyglądają inne dzielnice - przestało mnie to dziwić. Są tu bowiem miejsca, w których domy przypominają bardziej działkowe altanki, i to takie mocno nadgryzione zębem czasu. Podejrzewam też, że szkoda inwestować w kanalizację deszczową, skoro normalnie prawie nie pada. Najwyżej raz na kilka lat zaleje domy ubogich ludzi - niech się sami martwią. 

Jezioro na campusie. 
Po deszczu...
Ta czapla regularnie przylatywała po deszczu w okolice naszej laborki :)

Majowe deszcze były jedynie preludium do tego, co miało się wydarzyć w czerwcu. Jadąc sobie highwayem, chyba do San Antonio, ujrzałam tablicę ogłaszającą "Hurricane season is here. Are you prepared?". Nie jestem przyzwyczajona do tego widoku, ale co robić, trzeba żyć dalej. Słyszałam opowiadania o zbliżającym się do Houstonu w 2008 huraganie Ike. Niektórzy próbowali wyjechać i utknęli w gigantycznych korkach, a inni zorganizowali sobie hurricane party w szafie, a w zasadzie w garderobie (są one tutaj bardzo duże) i pijąc szampana i zagryzając truskawki czekali na koniec huraganu. W połowie czerwca pojawił się sztorm tropikalny (Bill, o którym pisałam tu i tu), z którego mógł się utworzyć huragan, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Było tylko dużo deszczu i burze. Dostałam też mnóstwo maili z biura ds. międzynarodowych studentów, w których poradzono nam, abyśmy zgromadzili zapasy wody i jedzenia na tydzień oraz schowali paszporty w bezpieczne miejsce. Fajne rady, biorąc pod uwagę, że już wtedy porządnie padało, autobus do sklepu jeździ raz na tydzień, nie miałam wtedy roweru, więc także szansy dotarcia do sklepu (bez proszenia znajomych o podwiezienie). Poza tym radzili, żeby najlepiej nie wychodzić z domu :-D

Imiona, które będą nadawane tegorocznym sztormom tropikalnym i być może huraganom. O ile zdążyłam się zorientować, jesteśmy na etapie Claudette, która w połowie lipca przeszła przez Atlantyk w kierunku północnym.
Amerykanie są nieźle przygotowani na huragany i duże opady deszczu. Ponieważ nie używają oni normalnych szaf ubraniowych, a zamiast tego mają garderoby, jest to idealny schron na wypadek huraganu. Przy autostradach bardzo często są wyznaczone równoległe drogi awaryjne. Często widuje się też tablice z informacją o częstotliwości, na której nadawane są komunikaty w radiu w razie złych warunków pogodowych. Tablice te są wyposażone w światła, w razie zagrożenia światła mrugają i to oznacza, że trzeba włączyć radio.

źródło: http://www.dvrpc.org/
Jeszcze przed wyjazdem, na blogu Interameryka czytałam o tym, jak niebezpiecznie potrafią być tworzące się nagle po deszczu rzeki. Podobno zdarzało się, że kierowcy przejeżdżający przez tereny zagrożone w czasie opadów ignorowali ostrzeżenia i kończyło się to tragicznie. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale już teraz wiem, że faktycznie jest to możliwe.  Gdy tutaj pada, jest to naprawdę porządny deszcz. Grunt absorbuje wodę bardzo słabo, więc już po kilku minutach intensywnych opadów robi się nieprzyjemnie. Zazwyczaj udawało mi się przeczekać burzę w suchym miejscu, ale któregoś dnia nie miałam innego wyjścia i po prostu koniecznie musiałam dostać się do domu. Gdy wyjeżdżałam (rowerem) z laboratorium, jeszcze nie padało, choć było widać, że niedługo się zacznie. Mając już nieco doświadczeń z jeżdżenia w tutejszych deszczach (ale nie tak mocnych), założyłam szorty, kurtki przeciwdeszczowej nie zakładałam, bo i tak by przemokła, zresztą spróbujcie na siebie założyć taką kurtkę w prawie 30 st. C i jechać na rowerze! W takich sytuacjach lepiej mieć na sobie jak najmniej ubrań i wytrzeć się ręcznikiem po dotarciu do celu... Wyruszyłam zatem w drogę. Kilka minut później zaczęło padać, próbowałam jechać, ale naprawdę nie dało się! Chodniki były bardzo śliskie, na ulicach pojawiły wielkie kałuże o nieznanej mi głębokości, było też sporo samochodów i obawiałam się, że kierowcy mogą w tym deszczu mnie nie zauważyć i rozjechać na naleśnik. Niestety, w pewnym momencie chodnik się skończył, a rozpoczęło się jezioro, które zdążyło się utworzyć na trawniku w czasie tych kilkunastu minut opadów. Udało mi się znaleźć kawałek zadaszenia i zastanawiałam się, co zrobić, bo czas uciekał.  Czułam się jak po wyjściu spod prysznica.  I wtedy pojawił się autobus campusowy Rice. Kierowca był niesamowity, bo widząc mnie, choć nie było tam przystanku, podjechał bliżej, zatrzymał się i wsiadłam razem z rowerem. Wprawdzie była to trasa do akademika, a ja mieszkałam już wtedy w innym miejscu, ale kierunek był właściwy. Po drodze widziałam wodę spływającą do studzienki kanalizacyjnej, wir miał chyba 50 cm szerokości i 30 głębokości... Miałam naprawdę duże szczęście, bo w takim deszczu nie dotarłabym na czas. Na najbliższym mojemu domowi skrzyżowaniu poprosiłam kierowcę, żeby mnie wypuścił. Był nieco zdziwiony, bo ciągle bardzo mocno padało. Usłyszałam od niego "Be careful", co było naprawdę szczere, i wydostałam się z autobusu prosto w wielką kałużę (cała jezdnia i chodnik były rwącymi rzekami), zwłaszcza w okolicy krawężników.  Byłam już bardzo blisko domu i nadal bardzo się spieszyłam, więc po prostu weszłam w tę kałużę (jeszcze bardziej pokochałam moje sandały), dostałam się na środek jezdni (gdzie nie było już tak dużo wody) i po kilku minutach byłam na miejscu. Nie był to koniec jazdy w deszczu, bo musieliśmy dostać się na lotnisko, ale na szczęście samochodem. Porządnie padało przez całą drogę, z tego powodu jechaliśmy prawie 2 godziny (czyli dwukrotnie dłużej, niż normalnie).

Deszczyk, na szczęście już wyjechaliśmy z korka.
Panorama Houston po deszczu.
Była to ostatnia taka wielka burza. Od tego czasu właściwie już nie pada, robi się natomiast coraz cieplej. Ostatni weekend był jak dotąd najcieplejszym w tym roku. W Houstonie temperatura sięgała 100 st. F (38 st. C), a odczuwalna temperatura - 111 st. F (44 st. C). Z tego powodu staram się wyjeżdżać do pracy możliwie wcześnie. Od 9 rano do ok. 14 jest za gorąco na jazdę na rowerze i w zasadzie za gorąco, żeby w ogóle przebywać na zewnątrz. Kiedyś zdarzało mi się, że wychodziłam na lunch i miło spędzałam godzinę na świeżym powietrzu, a teraz po 15 minutach często mam ochotę wrócić do klimatyzacji...

Wprawdzie to stopnie Farenheita, ale uwierzcie mi - przy takich temperaturach czujecie się, jakby były to stopie Celsjusza.
Klimatyzacja. Bez tego wynalazku Houston byłoby dziś zapewne częścią Meksyku. Amerykanie nie potrafią żyć w wysokich temperaturach. Klimatyzacja jest wszędzie, w każdym domu, mieszkaniu, sklepie, samochodzie, po prostu nie da się od tego uciec. Nie wiem, czy używają jej przez cały rok, nawet gdy nie jest bardzo gorąco, ale podejrzewam, że tak właśnie jest, bo okien często nie ma (nie otwierają się) albo wyglądają na nieużywane. Zastanawiam się też ciągle, dlaczego temperatura, którą ustawiają jest tak niska. W amerykańskiej klimatyzacji jest mi zimno, w pomieszczeniach i samochodzie zazwyczaj zakładam sweter, choć zauważam, że chyba powoli przyzwyczajam się do niskich temperatur i nie jest już tak źle, jak na początku mojego pobytu. Pociesza mnie fakt, że nie jestem w tym odczuciu odosobniona - czytałam ostatnio artykuł na ten temat i podobno Europejczycy mają podobne spostrzeżenia. Amerykanie uwielbiają też lampy sufitowe połączone z wiatrakami. Widziałam to w każdym (!) amerykańskim domu, w którym byłam. Moja eks-współlokatorka właściwie nie wyłączała tego urządzenia w swoim pokoju. Zatem, z jednej strony, zamykamy szczelnie wszystkie okna, a z drugiej - robimy wiaterek. Wprawdzie pożera to straszne ilości energii, ale przecież śpimy na złożach gas&oil, kto bogatemu zabroni? 
Jeszcze jedna rzecz, której mi tutaj brakuje, to rześkie poranki i chłodniejsze wieczory. W Polsce, nawet w środku lata, ranki są chłodniejsze i orzeźwiające, a wieczorem można z przyjemnością spędzać czas na zewnątrz.  Pamiętam, że podobnie było w Hiszpanii. Dopiero koło południa ludzie chowają się do domów i wieczorem znów wylegają na ulice. Tutaj temperatura, wilgotność powietrza i ogólne odczucie upału są podobne przez całą dobę, a spotkanie żywego człowieka jest rzadkością. Najczęściej spotyka się bezdomnych, dla których są to idealne warunki...
Jedno jest pewne - to będzie najdłuższe lato w moim życiu - nigdy jeszcze nie przeżyłam sierpnia w maju, czerwcu, lipcu i sierpniu. 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Po czym poznać, że jesteś w Teksasie długo?


1. Jesteś zdania, że przed rozpoczęciem imprez takich jak mecz baseballa, rodeo, konkurs w jedzeniu arbuzów na czas absolutnie niezbędne jest odśpiewanie amerykańskiego hymnu.

Thumping good!
2. Od czasu przyjazdu zjadłeś więcej arbuzów, niż w całym swoim "poprzednim" życiu.

3. Masz nadzieję, że jeśli dokładnie posprzątasz wszelkie pozostałości po arbuzie, mrówki przestaną bezustannie urządzać obchód całego domu.
zrodlo: www.langstons.com
4. Nie rozumiesz, co zabawnego jest w dowcipach o Chucku Norrisie, przecież to wszystko szczera prawda.
zrodlo: http://rickwilking.photoshelter.com
5. Nosisz przy sobie sweter, choć na zewnątrz jest 90 st. F. 

6. Przestałeś już przeliczać stopnie Fahrenheita na Celsjusza. To i tak nie ma znaczenia, po prostu jest piekielnie gorąco, a w klimatyzacji jest piekielnie zimno.

zrodlo: www.funnysigns.net
7. Uważasz, że barbecue, sałatka ziemniaczana i coleslaw są równie dobre, co obiad Twojej babci.

8. Oglądasz stronę Cavenders i zastanawiasz się, które kowbojki najbardziej Ci się podobają.

zrodlo: tumbleroot.com
9. Wcale nie dziwi Cię już, że nieznane osoby pozdrawiają Cię na ulicy. Przecież spotkanie innego przedstawiciela Twojego gatunku nie zdarza się często i nie można przejść obojętnie wobec faktu.

10. Byłeś w toalecie w Buc-ee's i stwierdziłeś, że Twoja domowe WC nie było tak czyste od czasu remontu.

It's a beaver!

czwartek, 16 lipca 2015

Rice Village Apartments

Jednym z zamieszkiwanych przeze mnie miejsc byl akademik Rice Village Apartments, czyli RVA. Jest to dosc spory budynek, w ktorym mieszkac moga tylko graduate students, czyli np. doktoranci. Miesci sie on niedaleko campusu Rice, w bardzo spokojnej okolicy domkow jednorodzinnych. Jest to chyba jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Houstonie i nawet poznym wieczorem nie widzialam tam nigdy podejrzanego towarzystwa. 

Widok z ulicy.
Główne wejście do RVA.
Mieszkanie dzielilam z pewna dziewczyna z Teksasu. Mialysmy wlasne pokoje, wspolny salon, kuchnie i lazienke z dwoma umywalkami. 


Rysunek przedstawiajacy rozklad mego apartamentu.
Do zalet RVA mozna zaliczyc kursujacy stamtad autobus na campus (co 20 minut, dotarcie do mojej laborki zajmowalo mi 10 minut). Dodatkowo, w sobote jezdzi takze autobus do Fiesty (sklepu spozywczego). Kuchnia byla duza i wygodna, moj pokoj takze mial wszystkie niezbedne meble, olbrzymie lozko, bardzo duza szafe. Bylo tam bardzo czysto, wszystkie sprzety wygladaly niemalze jak ze sklepu, choc mialy juz chyba kilka lat. Podejrzewam, ze studenci nieczesto ich uzywali, bo przeciez tutaj nikt nie gotuje, a juz na pewno nie studenci.

Kuchnia.
Wada tego mieszkania byl fakt, ze poza meblami nie bylo doslownie zadnego wyposazenia. Gdybym nie miala znajomych, ktorzy pozyczyli mi poduszki, garnki, talerze itp musialabym sama kupic te wszystkie rzeczy. Zastanawia mnie, jakbym miala to uczynic, skoro autobus zakupowy kursuje jedynie w sobote, komunikacja miejska nie istnieje (zreszta i tak nie wyobrazam sobie jak mialabym to wszystko przewiezc). Zostalaby mi chyba tylko taksowka, a podobno na taksowki trzeba czekac bardzo dlugo, zatem po skonczeniu zakupow moglabym spedzic na parkingu godzine albo i dwie. Zatem jesli ktos zamierza zamieszkac w RVA powinien chyba sprowadzic sie do Houstonu kilka dni wczesniej, nocowac w hotelu i w tym czasie zgromadzic te wszystkie niezbedne rzeczy.
Ciekawy byl rowniez fakt, ze w mieszkaniu znajdowala sie zmywarka do naczyn (ktorej nie uzywalam z racji posiadania 3 talerzy), natomiast nie bylo pralki. Wspolna pralnia znajdowala sie na parterze.
Duży, wspólny salon, w którym niestety nie posiadałyśmy żadnych mebli.
Najwieksza wada RVA byl fakt, ze biuro otwarte bylo od 9 do 19, a jesli cos stalo sie poza godzinami pracy, trzeba bylo czekac do nastepnego dnia. Ktoregos wieczoru wylaczono nam prad w pokoju i naprawienie awarii zajelo prawie 2 dni. Okazalo sie, ze w czasie roku akademickiego studenci sami podpisuja umowy z dostawcami energii, w wakacje zalatwia to RVA, wiec my nie musialysmy tego robic. Niestety ktos z obslugi akademika nie zauwazyl tego faktu, stara umowa sie skonczyla, a moj apartament zostal pozbawiony pradu, a zatem takze cieplej wody (jest podgrzewana) oraz klimatyzacji (co jest chyba jeszcze wieksza katastrofa).
W akademiku bylo bardzo spokojnie. Jesli myslicie, ze mialy tam miejsce imprezy jak na amerykanskich filmach, to jestescie w bledzie. Raz zorganizowano spotkanie integracyjne, na ktorym serwowane byly lody (i nic wiecej). Impreza trwala od 18 do 19, przyszlo ok. 7 osob, nie liczac kuriera UPS, ktory akurat przywiozl paczke oraz policjantki RUPD, ktora miala tego dnia dyzur w okolicy. Nie zdolalismy nawet zjesc wszystkich lodow i ulegly one roztopieniu. Tak imprezuja amerykanscy doktoranci.

Zaproszenie na ice cream social. Przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej...
Wyprowadzka z RVA tez byla ciekawa. Trzeba bylo umowic sie z pewnym wyprzedzeniem na 'walk through' apartamentu, podczas ktorego sprawdzany byl stan kazdego sprzetu i elementu wyposazenia mieszkania. Wszelkie potencjalne szkody (w tym nawet brudna wanna!) byly dokladnie wycenione i nie byly to male kwoty. Biorac pod uwage wysokosc czynszu bylam bardzo zaskoczona, gdy zobaczylam taka liste. Na szczescie okazalo sie, ze wszystko bylo w porzadku i udalo mi sie bezproblemowo opuscic to miejsce.

środa, 15 lipca 2015

Kupilam smaczny chleb!

Stała się rzecz niesamowita :-) Po długich poszukiwaniach odkryłam naprawdę smaczny chleb. 
Wprawdzie dotychczas zawsze kupowałam wyroby z działu 'bakery' (czyli w sklepowych piekarniach, bo sa tez paczkowane gabki do mycia naczyn zwane 'tostami'), jednak i one okazywały się być trocinami. Testowałam chleb we Fieście, HEB i Costco (ostatni byl zdecydowanie najlepszy ze wszystkich dotychczasowych, ale do Costco nie tak latwo sie dostac, wiec nie mialam mozliwosci robienia tam zakupow) i za każdym razem kupowałam inny, bo coś mi nie pasowało. 
Tym razem mogę z całą pewnością stwierdzić: ten jest naprawdę dobry. Udało mi się go znaleźć w sklepie Randall's, do którego przypadkowo dotarłam jadąc (celowo) do księgarni. Jak się okazało, jest to także najbliższy memu miejscu zamieszkania sklep z artykułami spożywczymi, zaledwie 2 km. Na teksańsko-houstońskie warunki to rzut beretem. Rowerem jadę spokojnym tempem ok 10-15 minut, oglądając urocze domki.


Artisan renaissance grain bread.

Jestem zatem niezmiernie szczęśliwa i powoli odzyskuję wiarę w amerykański przemysł spożywczy. Jeszcze kilka miesięcy i znajdę smaczne masło :-)

niedziela, 12 lipca 2015

Space Center Houston

Pewnego pięknego sobotniego dnia Office of International Students and Scholars zorganizowało nam wycieczkę do Space Center Houston (oficjalnie nazwane na cześć prezydenta USA Johnson Space Center). Pojechaliśmy oczywiście rice'owymi autobusami. Entuzjazm, którym tryskała nasza 'opiekunka' był doprawdy godny wychowawczyni z przedszkola. Poczułam się jak na szkolnej wycieczce... i faktycznie byłam na szkolnej wycieczce! Co ciekawe, przed wyjazdem dostaliśmy z OISS mail z informacją, że do Centrum wnosić żadnego jedzenia, ani napojów, co nie było prawdą.
Dotarcie na miejsce zajęło nam prawie godzinę. Nie jest to zatem najbliżej (ok. 50 km z centrum miasta). Nie sądzę również, aby możliwe było dojechanie tam środkami komunikacji miejskiej. Zostaliśmy poinformowani, że jeśli spóźnimy się na odjazd autokaru, będziemy musieli wrócić taksówką. Faktycznie, na miejscu stało sporo taksówek, więc chyba to jest popularny wśród turystów środek transportu.
Pamiętając, jak wielki tłok był w Kennedy Space Center na Florydzie (kiedyś o tym napiszę), szybko namierzyłam ulotkę z planem Centrum i miejsce, skąd ruszają wycieczki objazdowe. Okazało się, że są dwie wycieczki - do nowego centrum kontroli lotów i do parku rakietowego oraz do centrum szkolenia astronautów i parku rakietowego. Na stronie internetowej wymienionych jest ich więcej i kompletnie nie rozumiem, dlaczego dostępne były tylko te dwie. Przed wyjazdem próbowałam dowiedzieć się czegoś ze strony internetowej, ale nie ma tam ani planu centrum, ani żadnych konkretnych informacji, a przynajmniej ja nie umiałam ich znaleźć. Zatem dopiero na miejscu trzeba było ustalić plan zwiedzania.

Harmonogram atrakcji w Space Center Houston.
Plan Space Center.
Szybko dostaliśmy się na tram tour (o 10 rano kolejka była bardzo krótka), który tak naprawdę był bus tourem, obejmujący centrum kontroli lotów oraz park rakietowy. Przy wejściu do autobusu wykonano nam fotografie (ze względów bezpieczeństwa - chyba szukają radzieckich, a może chińskich szpiegów ;), które można było na wieczną rzeczy pamiątkę kupić przy wyjściu, photoshopowane - jesteście astronautami :), wydrukowane, oprawione w skórzane okładki i kosztujące chyba 20$.

W drodze do centrum kontroli lotów.

Teren Centrum jest naprawdę duży. Podobno przy jego budowie wzorowano się na campusie Rice University i przy jego powstawaniu brało udział wielu naukowców z tego uniwersytetu. Wszelkie te informacje udało mi się uzyskać dzięki nagraniu, które nam zaserwowano po drodze. Usłyszeliśmy także nagranie przemowy George'a Busha po katastrofie Columbii.
Pojazd, którym się poruszaliśmy tak naprawdę trudno jednoznacznie zakwalifikować... najbardziej przypominało to otwarty autobus. Z tego powodu podobno zdarza się, że wycieczki są odwoływane (w przypadku deszczu).

Christopher C. Kraft, Jr. Mission Control Center
Budynek Mission Control Center przypomina z zewnątrz bukier. Podobnie wyglądają też inne budynki. Nie wiem, co jest tego przyczyną, czy chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa w czasie np. huraganu? Póki co nie udało mi się tego dowiedzieć. W budynku tym znajduje się kilka pomieszczeń kontroli lotów, nas zaprowadzono do jednego z nowszych (o ile nie najnowszego), sprawującego nadzór nad Międzynarodową Stacją Kosmiczną.

Flight control room MCC-21. Widzicie to, co ja (po prawej)? :D
Wiele ciekawych informacji o Mission Control możecie znaleźć na tej stronie.

Niezidentyfikowane przeze mnie budynki.
Karetki pod tamtejszą 'Clinic'
Następnym punktem wycieczki był park rakietowy (niestety niezbyt okazały) oraz hala, w której spoczywa rakieta Saturn V razem z modułem Apollo.

Saturn V
Jak opisać jednym słowem rakietę Saturn V? Jest olbrzymia. Chyba dopiero widząc to na żywo zaczęłam zdawać sobie sprawę, jak bardzo zaawansowane i potężne jest to urządzenie.  
Niestety po wizycie w parku rakiet trasa bus tour wiodła do visitor center, gdzie należało przesiąść się w drugi autobus, aby wyruszyć na drugą trasę. Tym razem kolejka była już spora. Jeśli się tam wybieracie, to radzę przewidzieć na czekanie przynajmniej pół godziny. Nowym autobusem dostaliśmy się do Astronaut Training Facility, oficjalnie zwanym Space Vehicle Mockup Facility, czyli miejsca, gdzie znajdują się najróżniejsze moduły statków, skafandry, roboty itp. Astronauci uczą się tam ich używać, a inżynierowie pracują nad wprowadzaniem poprawek.

Moduł laboratoryjny Destiny (jeden z modułów Międzynarodowej Stacji Kosmicznej)
Różne moduły ISS.
Orion - w nim NASA pokłada swe nadzieje związane z dotarciem na Marsa.
Pojazdy i roboty.
Po powrocie do visitor center poszliśmy do Blast-off! Theater. Zgodnie z moimi przewidywaniami nie było to nic niesamowitego. Na początku wyświetlono film prezentujący krótko historię lotów kosmicznych, po czym przeszliśmy do niby-teatru, gdzie na 'scenie' znajdowało się pomieszczenie kontroli lotów, a przystojny pan opowiadał na żywo o tym, jak odbywa się start rakiety.
Ponieważ do odjazdu rice'owego autobusu zostało nam jeszcze trochę czasu, udaliśmy się na wystawę w visitor center. Można tam zobaczyć dużo różnych elementów pojazdów kosmicznych, skafandrów itp. Mnie nieco przeraził widok kosmicznej toalety. Była tam też "lodówka", a w niej suszone i w inny sposób spreparowane potrawy, w tym macaroni cheese! HELP!
Sypialnia astronauty, moim zdaniem bardzo przytulna.
Szybko skoczyłam jeszcze do sklepu z pamiątkami i muszę przyznać, że były naprawdę fajne. Gdyby nie to, że mam i tak już spory nadbagaż, pewnie kupiłabym jakieś kosmiczne gadżety. Można nawet było nabyć kostium astronauty (dla dzieci).
Ponieważ nie mieliśmy ochoty wracać taksówką, zdecydowaliśmy się nie spóźnić na autobus. Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, ale to, co ominęliśmy to głównie atrakcje dla dzieci, więc nie wiem, czy faktycznie jest czego żałować. Wiele podobnych eksponatów znajduje się też w Science Museum w Londynie. 
Jeśli jesteście w Houston, to gorąco polecam to miejsce. Aby się nie spieszyć i zobaczyć wszystkie elementy, z pewnością warto poświęcić na to cały dzień i przyjechać wcześnie rano - unikniecie wtedy czekania w kolejkach.