poniedziałek, 6 lipca 2015

Campus Rice University

Jesli kiedykolwiek widzieliscie amerykanski film, na ktorym pokazany  byl uniwersytecki campus - tak wlasnie wyglada to w rzeczywistosci. A  nawet o wiele lepiej.
Campus Rice University to w istocie takie male (?) miasteczko, w ktorym jest  wszystko i w zasadzie mozna sie stad nie ruszac i przetrwac. Oprocz  budynkow poszczegolnych wydzialow, laboratoriow itp jest tutaj centrum sportowe z basenem, sklep z gadzetami Rice, ksiegarnia z podstawowymi  produktami potrzebnymi studentom (art. papiernicze, karty telefoniczne), oczywiscie rozne bary, kawiarnie itp. O jakosci pozywienia serwowanego w tych przybytkach juz pisalam, wiec nie bede kopac lezacego, ale sa tu tez dostepne tylko dla studentow stolowki, w  ktorych, byc moze, jest cos zdrowszego, choc biorac pod uwage fakt, ze na centralnym miejscu stoi automat z cola, nie jestem co do tego  przekonana.

Campus z samolotu, po prawej stronie widac stadion i parking.
Brochstein Pavilion, czyli kawiarnia.

Niestety nie pamietam, gdzie dokladnie zrobilam do zdjecie.
Trawniki, krzaki i wszelka inna roslinnosc jest bardzo zadbana. Robi  to niesamowite wrazenie, a trawa naprawde jest tu bardziej zielona.  Budynki wygladaja, jakby byly postawione kilka miesiecy temu.  Zastanawiam sie, czy to z powodu klimatu nie ma tu np. mchu, a moze to  skutek regularnego ich mycia. Widzialam niedawno, ze szorowano ceglana sciane. Sa pojedyncze zaniedbane miejsca, np. budynek teatru nie wyglada najczysciej (pewnie i tutaj kultura nie jest najbardziej dochodowym interesem).
Jedna z wielu alejek zacienionych drzewami. Tylko dzieki nim jak dotad sie nie usmazylam.

Firmowa studzienka kanalizacyjna.
Jeden z wielu cichych zakatkow.

Lovett Hall, glowny budynek Rice, widziany od strony dziedzinca.

Lovett Hall od strony glownej bramy w deszczowy dzien.

Slynne w calym Houston, a podobno nawet i Texasie dzielo sztuki - "Twilight Epiphany" autorstwa J. Turella. Mozna wejsc do srodka, usiasc i ogladac niebo.

Brockman Hall for Physics - bardzo przyjemne miejsce.

Brockman Hall for Physics

Tutaj lubie konsumowac 2. sniadanie :)

Sowy i logo Rice mozna zauwazyc w wielu miejscach.

Wieczor na campusie.

Duncan Hall, jeden z budynkow George R. Brown School of Engineering 

Tablica upamietniajaca fakt, ze to tutaj odkryto fulereny. Prof. z naszego zespolu, Robert Curl, otrzymal za to Nagrode Nobla w 1996 r. Czasem widuje go, gdy przyjezdza do pracy na rowerze :-)
Laboratorium w srodku.
Po campusie kursuja regularnie autobusy. Jest kilka linii, tzw. inner  loop, outer loop, dwie linie do akademikow poza campusem (choc nie sa  one daleko,  kilkanaście minut na piechote). Autobusy sa bardzo  przydatne, zwlaszcza w czasie upalow i w razie potrzeby przedostania sie  na drugi koniec campusu. Przykladowo, gdybym chciala przejsc z mojej  laborki do mojego akademika, zajeloby mi to okolo pol godziny, a  autobusem jade 10 minut. Dodatkowo, aktualne polozenie autobusu mozna  sledzic w Internecie. Kierowcy sa bardzo uprzejmi, czekaja na dobiegajacych w ostatniej chwili, zatrzymuja sie nawet poza  przystankami (choc nieczesto zdarza sie taka potrzeba).

Mapka przedstawiajaca trasy campusowych autobusow.

Autobus linii "Greater Loop" 
Zajezdnia autobusowa.

Na terenie campusu znajduje sie kilka akademikow dla undergraduate students. Graduate students moga mieszkac w dwoch akadmikach poza campusem - Rice Village Apartments oraz Rice Graduate Apartments. Tam rowniez docieraja campusowe autobusy.

Jak kazdy szanujacy sie uniwersytet, Rice posiada wlasny stadion do futbolu amerykanskiego. Druzyna Rice to Rice Owls, a zatem stadion nazywa sie Rice Owls Stadium. Od  politechnicznej Syrenki rozni sie on podobnie, jak rower od audi A6.  Sadze, ze niejeden pierwszoligowy klub pilkarski w Polsce nie  powstydzilby sie takiego stadionu. Wystarczy powiedziec, ze miesci on od 47 do 70 tys widzow. To podobna pojemnosc, jak nasz Narodowy... To wlasnie tutaj w 1962 roku prezydent USA J.F. Kennedy oglosil amerykanski program kosmiczny, a w 1974 odbylo sie Super Bowl.

Stadion Rice Owls.
Boisko na stadionie.

logo Rice Owls

Jest tutaj takze komisariat - Rice University Police Department. Kazda zatrudniona osoba (podejrzewam, ze student rowniez) musi sie tam zglosic od razu po przyjezdzie, na miejscu wykonywane jest zdjecie delikwenta i wydawany identyfikator. RUPD mozna spotkac w wielu miejscach campusu, ale patroluja takze regularnie cala okolice, lacznie z akademikami. Niejednokrotnie widzialam radiowoz stojacy pod akademikiem w srodku nocy. Na campusie rozmieszczone sa slupki, na ktorych znajduja sie przyciski 'emergency' - mozna w ten sposob wezwac policje. W trakcie roku akademickiego mozna takze poprosic o podwiezienie do domu po zmroku.
Budynek RUPD i policyjne samochody.

Slupek z przyciskiem sluzacym do wzywania policji.

Jak mozna latwo wyczuc po lekturze tego opisu - campus bardzo mi sie  podoba. Jest tutaj wszystko niezbedne do zycia, jest ladnie, przyjemnie, dzieki duzej ilosci drzew nawet latem mozna bez problemu znalezc zacienione miejsce do odpoczynku.

Campusowy basen.

Jedna z 1349842 wiewiorek zamieszkujacych campus.


czwartek, 25 czerwca 2015

Legendarne lody Ben&Jerry's

Lody Ben&Jerry's nie są dostępne w Polsce, a słyszałam, że są niesamowite i wręcz "legendarne".  Postanowiłam zatem spróbować tego smakołyku.
Zakupiłam wiele obiecujący smak Americone Dream oraz drugi na liście bestsellerów z 2014 - Cherry Garcia. 
amerykańsko słodkie

teoretycznie wiśniowe

Amerykański smak mnie nie zaskoczył, spodziewałam się czegoś bardzo słodkiego. Było też tam troszkę chrupiących elementów oraz toffi. Drugi, rzekomo wiśniowy smak, miał tylko lekką wiśniową nutę, poza tym był oczywiście piekielnie słodki. 
Reasumując - żadna rewelacja. Lody w Polsce są znacznie lepsze. Nikt o zdrowych zmysłach nie kupiłby Ben&Jerry's mając do wyboru np. Grycana czy Algidę. Mam jednak wrażenie, że Amerykanie mają jednak trochę spaczony zmysł smaku, bo jak inaczej można wytłumaczyć, że nie przeszkadzają im tak szalone ilości cukru? Marzą mi się teraz cytrynowe lody z warszawskiej Starówki <3

czwartek, 18 czerwca 2015

Houston zoo

W Texasie nawet zwierzęta nie mogą narzekać na brak przestrzeni. Przekonałam się o tym podczas dzisiejszej wycieczki do zoo. Było wprawdzie sporo zwierząt, których nigdy wcześniej nie widziałam ale jest tu z pewnością znacznie mniej gatunków, niż w warszawskim zoo. Zwierzaki mają bardzo duże wybiegi i większość z nich chowała się w krzakach. Pewnie im też powoli zaczyna dokuczać 85st.F i na oko 90% wilgotności powietrza...


Owad spotkany na campusie, wielkości ok 3-4 cm, podobno to jakiś rodzaj szarańczy.

Często widuje się takie tabliczki informacyjne.

myjnia dla słoni

motyl latający sobie gdzieś w zoo

victoria crowned pigeon - gołąb wielkości koguta

wtorek, 16 czerwca 2015

Przeżyłam sztorm tropikalny

Było strasznie. Deszcz lał się strumieniami, a kałuża przed akademikiem była tak wielka, że wiewiórki zrobiły sobie z niej basen. To tyle przerażających informacji.
Okazało się, że tropical storm Bill wcale nie stał się huraganem, że zbliża się do Houstonu znacznie wolniej, niż przewidywano i opady są o wiele mniejsze. Rice był dziś normalnie otwarty, choć wiele osób skorzystało z przyzwolenia na pozostanie w domu i na campusie było wyraźnie mniej ludzi. Podejrzewam, że takie sytuacje są tutaj świetnym powodem, żeby zrobić sobie dzień wolnego. Amerykanie robią straszną panikę, w Warszawie nikt nie przejąłby się takim deszczem, który oni nazywają zagrożeniem powodzią. Z drugiej strony, tutaj faktycznie co kilka-kilkanaście lat tworzą się naprawdę niebezpieczne huragany. Duże opady deszczu są problemem, ponieważ gleba przypomina glinę. Mam też wrażenie, że kanalizacja deszczowa jest tu słaba, na chodnikach i ulicach tworzą się kałuże, jakich nigdy wcześniej nie widziałam. Przypominam sobie wtedy, że przecież everything is bigger in Texas...
powódź na campusie
Aktualny raport dotyczący naszej tropikalnej pogody oraz prognozy można znaleźć na stronie National Hurricane Center: http://www.nhc.noaa.gov/.
Taka prognoza :-)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Huragan

Podobno do Houston zbliża się huragan. Nie zorientowałabym się, gdyby nie fakt, że dostałam w tej sprawie maile z Rice, z administracji akademika oraz z biura ds. międzynarodowych studentów oraz gdyby nie spanikowany kolega Włoch, który stwierdził, że gdy teraz zacznie padać, będzie to trwać co najmniej tydzień i że ogłoszono juz ewakuację Galveston (miasto nad Zatoką Meksykańską, ok. godziny drogi od Houstonu).
Na stronie National Hurricane Center wygląda to tak:

Gdy przeczytałam tę stronkę okazało się, że jak na razie Bill jest sztormem i mam nadzieję, że tak pozostanie... A w Galvestonie nie było ewakuacji.

Zakupy

Kazdy, kto mnie zna, wie, ze nie bylabym soba, gdybym mogla przetrwac  jedzac mrozonki odgrzewane w mikrofalowce. Na szczescie, choc nie jest  to latwe, mozna tu kupic wlasciwie wszystkie produkty spozywcze. Nie jest to latwe z kilku powodow: nie ma w zasadzie zadnych sklepow  oprocz hipermarketow, sklepy sa daleko, zaopatrzenie w sklepach  znaczaco sie rozni.
Brak zwyklych sklepow spozywczych byl dla mnie duzym zaskoczeniem. Cos  takiego, jak warzywniak, piekarnia, miesny tutaj nie istnieje. Houston  jest zapewne dosc specyficznym miastem, ale nie zauwazylam tu jeszcze ani zadnego zwyklego sklepu, ani ludzi z  zakupami, co jest normalnym widokiem w Europie. Idac z pracy kupisz  sobie jogurt albo kilogram burakow i jestes happy, a tutaj jedynym rozwiazaniem w razie napadu glodu jest konsumpcja mmsow albo chipsow z  automatu.
„Daleko” jest pojeciem wzglednym. Majac samochod mozna pokonac nawet  20 km w krotkim czasie i przywiezc 20 kg zakupow. Komunikacja miejska  jest juz nieco gorzej. Wyobrazcie sobie, ze nie macie do dyspozycji  ani samochodu, a komunikacja miejska jest, ale jakoby jej nie bylo. Moja jedyna szansa na zrobienie zakupow jest zatem wybranie sie  shuttle busem uniwersyteckim w sobote (co oznacza, ze w sobote nie  wyjade za miasto, bo zakupy zajma pol dnia), podwiezienie przez kogos  znajomego (jesli ma akurat ochote tez zrobic zakupy), rower (nie dam  rady przywiezc w ten sposob zakupow na caly tydzien), zrobienie  zakupow przy okazji wypozyczenia samochodu na weekend. Mozna tez  zrobic zakupy przez internet, ale dotyczy to tylko trwalych produktow.  Jest to dziwne, poniewaz w Polsce mozna kupic przez Internet chyba  wszystko, a tutaj nawet mleka w kartonie w ten sposob nie zakupicie (a  przynajmniej mnie sie nie udalo znalezc takiego sklepu).
Moim ulubionymi sklepami są HEB i Fiesta. Fiesta to supermarkety, z  ktorych korzystaja czesto Meksykanie, wiec jest tam spory wybor  roznych dziwnych owocow i produktow. Owoce sa znacznie lepsze i  wygladaja na bardziej naturalne niz np. w HEB, nie porownujac juz do  Walmart, w ktorym wybor jest bardzo slaby, a warzywa sprawiaja  wrazenie, jakby lezaly na polkach od lat (co moze nie byc wielka  przesada biorac pod uwage tutejsze nawyki zywieniowe). We Fiescie,  oprocz kaktusow, aloesow, zielonych bananow do smazenia i mnostwa  owocow, ktorych z pewnoscia nie ujrzycie w Kuchniach Swiata, mozna  znalezc bardzo duzo regionalnych produktow z calego swiata, lacznie z  brytyjskimi ciasteczkami Digestives (ktore, jak wiadomo, w pewnych  kregach, niezmiernie lubie). Aby kupic mieso najlepiej wybrac sie do  HEB, poniewaz maja tam wiekszy wybor czegos, co kiedys byc moze  chodzilo nawet po lace, a sklad nie zawiera calego ukladu okresowego pierwiastkow. Oczywiscie po przeczytaniu etykiet nawet w HEB mozna w  pierwszym odruchu chciec uciekac z krzykiem albo zostac wegetarianinem, jednak po kilkunastu minutach powinno udac sie znalezc  cos godnego umieszczenia w naszych zoladkach. Podobnie ma sie sprawa z  serami. Wprawdzie kupilam tutaj ser feta, ale nie umywa sie on nawet  do fetopodobnej favity, nie mowiac juz o prawie dziesieciokrotnie  wyzszej cenie. Podejrzewam, ze gdzies mozna znalezc  prawdziwa grecka  fete, ale poki co nie bylam w takim sklepie.
Artykuly chemiczno-kosmetyczne najlepiej jest kupowac w Walmarcie,  poniewaz jest tam najwiekszy ich wybor (HEB jest glownie spozywczy) i  sa tam one najtansze. Poniewaz jednak w Walmarcie jedzenie jest dla  ludzi peopleofwalmart, mozna sie tam zaopatrzec co najwyzej w cukierki (np. nie udalo mi sie znalezc najzwyklejszego jogurtu i  musli!).
Sa tez sklepy, w ktorych jedzenie jest znacznie lepszej jakosci, np.  Trader Joe's albo Whole Foods, jednak sa one tak daleko od mojego  miejsca zamieszkania, ze dotarlam tam jak dotad tylko raz. 
Biorac pod uwage te czynniki wychodzi na to, ze aby zrobic wszelkie  potrzebne produkty nalezy odwiedzic przynajmniej trzy rozne sklepy.  Nie posiadajac samochodu jest to praktycznie niemozliwe, a nawet  posiadajac samochod nie jest to najlatwiejsze. Zatem trudno sie  dziwic, ze Amerykanie wola kupic gotowe danie do mikrofali i nie  zastanawiac sie, co zrobic, gdy akurat skonczyla sie marchewka do  rosolu i zeby ja kupic, trzeba na to poswiecic min. 2 godziny.
Nie dotarlam tez jeszcze do zadnej galerii handlowej. W przewodnikach i informatorach jedynym polecanym centrum handlowym jest niedawno wybudowana Galleria. Jak na razie szkoda mi bylo czasu, zeby tam jechac (to kilka przystankow autobusem-widmo, ktory jezdzi podobno co pol godziny). Poza tym godziny otwarcia to 10-9 od poniedzialku do soboty i 11-5 w niedziele! Natomiast bardzo blisko mojego obecnego miejsca zamieszkania znajduje sie tzw. Rice Village, czyli tak naprawde kilkanascie budynkow ze sklepami, restauracjami itp. Oczywiscie zadnego sklepu spozywczego nie ma, sklepy z ubraniami sa dziwne i otwarte do 7 wieczorem albo i krocej. Jest sporo restauracji, barow i kawiarni, ktore rowniez sa zamykane bardzo wczesnie (w sobote o 10, czasem o 11 wieczorem!!!). Bylam tam kilka razy i w zasadzie tylko w weekendy widac tam ludzi. Jedynym przydatnym sklepem jest CVS Pharmacy, ktora jest czyms w rodzaju duzego Rossmana, choc maja tam wiecej jedzenia, ale w zasadzie tylko przekaski i napoje, batoniki, soki, lody itp.
Z tej perspektywy zycie w Warszawie wydaje mi sie obecnie banalnie proste i przyjemne. 

Oto najciekawsze artykuly, ktore mozna kupic w Fiescie:

M.in. kaktusy - zastanawialam sie, czy nie kupic, ale przy probie wyboru ladnego egzemplarza strasznie sie poklulam i skapitulowalam,
Boniato root, malanga root, yuca root - podsyłajcie przepisy Waszych babć!
Liście kukurydzy? Mam wrażenie, że Meksykanie robią z tego coś w rodzaju pieroga z mięsem.
Różne śmieszne owoce, które jadłam kilka razy w Polsce, ale nie widziałam ich w sklepach: star fruit, dragon fruit, asian pear, kumkquats (te chyba najbardziej lubię), mamey (tego akurat jeszcze nie próbowałam).
Tortille...
Różne dziwne warzywa.
Tej uroczej roślinki też jak na razie nie próbowałam konsumować.
Magiczne meksykańskie świeczki na każdą okazję.
Jeszcze więcej świeczek.
House blessing za $1.99 - chyba niezła okazja.
Płyny do kąpieli firmy Powerful Indian, m.in. Gato negro afortunado, Loteria de dinero oraz Adam&Eve - lovers attraction
Na górnej półce - magiczne mydła. Poniżej m.in. miłość w proszku.
Chcesz zrobić komuś kuku - polej go Black catem albo dolej Love breaker do zupy.